„Igraszki z diabłem” pod okiem czwartej władzy

Kto zna kolędę pt.: „Gdy strumyk płynie z wolna”? Nikt? A kto słyszał o tym, że centralnymi postaciami Świąt Bożego Narodzenia mogą być „Wielki Mag”, „Trzy Wesołe Czarownice” na miotłach, „Dwie Królewny”, „Matka Wielkiego Odkrywcy”, „Włoska Rodzina Soprano”, „Magiczni Kucharze”, „Strażniczka Łańcucha”, „Strażniczka Wielkiego Szałasa”, „zwierzoczłekoupiory” i „pracowite elfy”? Czy nawet Odyseusz i jego załoga, kuszeni śpiewem syren oraz Myszka Miki? Też nikt? A o wyjątkowych atrybutach, niezbędnych w przedświątecznych przygotowaniach, takich jak „czarodziejska moc”, „magiczne nożyczki”, „czarodziejska mandolina” i „magiczny pył”? Znowu nikt?
Tak, w dużym skrócie, wyglądała relacja- opis uczestników i wykorzystywanych akcesoriów podczas „Bardzo Dziwnej Wigilii”- części zajęć dydaktyczno-kulturalnych dla kilkudziesięciorga dzieci w wieku od kilku (ok. 5 lat) do kilkunastu lat, mających miejsce w garwolińskim stowarzyszeniu Calos Cagathos 4-5 lat temu, o czym można przeczytać na stronie internetowej stowarzyszenia. I ani słowem nie wspominano o Świętach Bożego Narodzenia, czyli o narodzinach Pana Jezusa, ani słowa o Świętej Rodzinie, o Matce Bożej, św. Józefie, o Betlejem, szopce, gwieździe betlejemskiej, Trzech Królach, pastuszkach, żłóbku, osiołkach i owieczkach (które podobno mówią ludzkim głosem w Wigilijną noc), i rodzącej się dla ludzkości Wielkiej Nadziei w osobie Syna Bożego. Trudno jednoznacznie określić, z jakich tradycji czerpało stowarzyszenie Calos Cagathos opracowując program swoich zajęć, oraz akcentując tę specyficzną symetrię figur bożonarodzeniowych i odwróconych pojęć.
Czy był to pojedynczy wybryk, chwilowa anomalia, czy raczej element systemowej sekularyzacji i nowej, laickiej „ewangelizacji”? Czy byłby to jedynie artystyczne eksperymenty nadgorliwych ideowo środowisk lokalnych, czy raczej przejaw nowych, ogólnokrajowych trendów i obyczajów?
Ciszej nad tym spektaklem
Dwa dni przed ubiegłoroczną Wigilią Świąt Bożego Narodzenia, miałem okazję obejrzeć niecodzienny widowisko pt. „Czarownice z Salem”, w wykonaniu Teatru Rękawiczka, związanego powyższym stowarzyszeniem. Swoje stonowane wrażenia ze spektaklu opisałem w artykule „Garwolin niczym współczesne Salem”, opublikowanym w portalu Fronda.pl, „przedrukowanym” w regionalnym portalu Podlasie24.pl. Jakkolwiek temat spotkał się z ogromnym zainteresowaniem czytelników, okazało się, że nie jest on ważny ani dla portali „garwolińskich”, ani dla opiekunów zespołu Rękawiczka, ani dla włodarzy CSiK w Garwolinie. Z nieoficjalnych informacji wiadomo, że zarówno pani reżyser spektaklu, Izabela Rękawek, oraz szef CSiK, pan Jarosław Kargol odmówili jakichkolwiek komentarzy w sprawie tego kontrowersyjnego widowiska. Cisza jak makiem zasiał. Sprawę przemilczały również wszystkie internetowe serwisy lokalne, mające w nazwie „Garwolin”, które wcześniej ochoczo zapraszały na swoich łamach na to kulturalne wydarzenie w Kinie Wilga.
Pewna bardzo ważna pani redaktor z jednego z powyższych portali (ważna ze względu na sprawowaną funkcję) oświadczyła nieoficjalnie, że ten temat to „gównoburza” (cytat dosłowny). Zapytana, czy miałaby identyczne zdanie, gdyby podobnym „praktykom seksualizującym” (np. niedwuznacznym, jednopłciowym, zmysłowym pląsom na scenie) poddana została jej hipotetyczna 15- letnia córka, pani redaktor odpowiedziała, że nie powinienem się tą sprawą interesować, bo o ile ona wie, to w składzie zespołu mojej córki nie ma. Koniec, kropka.
Jeśli media przestaną nas informować o sprawach ważnych, kto będzie to robił? „(…) jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?”
Gospodarze „Pożaru w burdelu” w obronie „Czarownic z Salem”
Odmiennego niż pani redaktor zdania okazały się być władze Teatru Polskiego im. A. Szyfmana w Warszawie, które postanowiły stanąć w obronie spektaklu „Czarownice z Salem” i samego zespołu. W opublikowanym na początku stycznia, na facebookowym profilu zespołu Rękawiczka liście, możemy przeczytać, iż dyrektor Janusz Majcherek i jury teatru uważają przedstawienie „za wyjątkowo dojrzałe artystycznie i myślowo i wysoko je cenią”, jednak wiedzą przy tym, że z powodu spektaklu zespół Rękawiczka spotyka się „z nieprzychylnymi opiniami”, i że w razie potrzeby ujmą się za zespołem, „gdyby miała mu się dziać krzywda.” Pan dyrektor Majcherek, którego szef, sam dyrektor Andrzej Seweryn, wystąpił niedawno w wiekopomnym dziele pt.: „Pożar w burdelu. Ucieczka z kina Polskość”, i gości na deskach swojego teatru ten wykwintny ensemble, jest dosyć ostrożny w składanych oświadczeniach. Przeczytawszy zapewne w całości sztukę Artura Millera, prawdopodobnie jako jedna z niewielu osób zabierających głos w dyskusji, asekuracyjnie stwierdza w powyższym liście, iż „udało się Państwu na podstawie klasycznego już tekstu Millera zbudować własną wypowiedź” oraz „nie gracie przecież ‘Czarownic z Salem’, lecz zainspirowane nimi widowisko”.
Rękawiczka nieładnie się chwyta
Z tych właśnie powodów dużym nadużyciem w wydaniu samego zespołu jest sugerowanie i wmawianie publiczności, że z ich spektaklem musi być wszystko w porządku, skoro jest to inscenizacja wybitnej i cenionej sztuki teatralnej światowej sławy, amerykańskiego dramaturga. Ta inscenizacja ma niewiele wspólnego z oryginałem, i jest tylko „zainspirowanym widowiskiem”.
Nadużyć, przeinaczeń i przekłamań w samych spektaklu, jak i wokół niego jest znacznie więcej. Mimo to, iż akcja dramatu rozgrywa się w purytańskiej, protestanckiej Ameryce końca XVII wieku, w pierwszym dialogu spektaklu młody aktor ubrany jak katolicki ksiądz mówi „widziałem moją córkę i swoją siostrzenicę tańczącą w lesie jak poganki.” Zespołowi wystarczyło środków na uszycie ponad 20 jednakowych, szarych spódnic dla dziewcząt, a nie wystarczyło na przygotowanie drobnego akcentu, choćby w postaci białej befki, charakterystycznej dla pastorów, krawatki. No i pan ksiądz ma córkę. W porządku. W innej scenie kilka dziewczyn ubranych w purytańskie stroje nuci szyderczo melodię „Godzinek o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Marii Panny”. Gdyby twórcy spektaklu nieco się wysilili, dowiedzieliby się, że protestanci nie uznają dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Marii Panny, zatem ich żony i córki nie mogłyby znać melodii Godzinek. Innym „artystycznym” zabiegiem jest wprowadzenie do widowiska kilkunastu szmacianych, białych lalek z czarnymi krzyżykami zamiast oczu, które przypominają raczej martwe dzieci niż laleczkę Voodoo (jedną), o której mowa w oryginale dramatu Millera. Nastoletnie dziewczyny, wcześniej nucące Godzinki o Niepokalanym Poczęciu, tulą w rozpaczliwym tańcu te „martwe dzieci”. Przejmująca symbolika. Kolejne karygodne nadużycie wokół spektaklu to treść upiornych plakatów, zapraszających na grudniowe przedstawienie. Na tle powieszonych za szyje na purpurowych sznurkach purpurowych lalek- dzieci, widnieje postać dziewczyny trzymającej w ręku różaniec. Elementarna uczciwość, ta artystyczna i ta dydaktyczna, podpowiedziałaby twórcom zweryfikowanie informacji, czy protestanci w ogóle modlą się na różańcu, czego sami artyści, jak się domyślam, nie dowiedzieli się do dziś. W przeciwnym razie przeprosiliby publicznie za swoje uchybienie.
Panu Bogu świeczkę…
Przyglądając się ostatnim działaniom tego utytułowanego zespołu, trudno uwierzyć w to, co można gołym okiem zaobserwować. Z jednej strony, młodzi ludzie realizują alegoryczny spektakl o tym, jak to bezduszna, okrutna instytucja „bez Boga”, która „zakazywała im wszystkiego, co przypominałoby teatr czy inne ‘puste rozrywki’”, tłamsi ich wolność i potencjał twórczy. Z drugiej strony ten sam zespół od 17 lat, zaledwie 100 metrów od siedziby tej znienawidzonej instytucji, realizuje swoje najbardziej szalone i swawolne pomysły. Jednego dnia młodzi aktorzy wołają ze sceny, że „Bóg umarł” a „Lucyfer żyje”, a po kilku dniach ta sama ekipa artystyczna rusza do pobliskiego kościoła, żeby śpiewać kolędy „Jezusowi małemu”. Trudno o lepszą lekcję hipokryzji i bardziej jaskrawą ilustrację staropolskiego przysłowia o paleniu Panu Bogu świeczki, a temu drugiemu, wiadomo czego.
Jakie zatem będą Rzeczypospolite, skoro dziś fundujemy sobie takie naszej młodzieży chowanie?
A jeśli Bóg umarł, to co z Wigilią?
Warto przy tej okazji postawić sobie kilka bardziej zasadniczych pytań: dlaczego młodzieżowy zespół teatralny sięga po sztukę opowiadającą o czarach, obłędzie, manipulacjach, okrucieństwie, śmierci, rytualnym piciu krwi, wywoływaniu szatana, konszachtach i paktowaniu z diabłem? Dlaczego realizuje spektakl, nierealizowany w Polsce chyba przez żaden inny zespół młodzieżowy od 1976 roku (teatr MTA z Zamościa), uwypuklając w swojej inscenizacji elementy magii, Voodoo, wywoływania duchów, kultu śmierci, konszachtów młodych dziewcząt z diabłem, podpisywania się w jego księdze, i wykonywaniu jego dzieła na ziemi? Jaki cel poznawczy, dydaktyczny, pedagogiczny, artystyczny, etyczny i moralny przyświecał tej inscenizacji? Zastanawiam się, jak mogły się czuć dzieci dziesięcio, dwunasto czy czternastoletnie, siedzące na widowni, kiedy główny bohater krzyczał wprost ze sceny w ich kierunku: „Bóg umarł. Ogień płonie. Słyszę kroki Lucyfera, widzę jego plugawą gębę. To moja gęba i wasza! (…) Wszyscy spłoniemy, wszyscy!” Czyli, że co? Na dwa dni przed Wigilią, garwolińskie dzieci dowiadują się, że Bóg umarł, Lucyfer żyje, ma się całkiem dobrze, a dzieci na widowni mają jego plugawą gębę i spłoną w piekle? To ma być bożonarodzeniowe przesłanie Teatru Rękawiczka? Dziękuję, nie skorzystam.
Niejadalny Boeuf Strogonow
Niektórzy twierdzą, że opracowanie, inscenizacja, a potem odbiór widowiska, to kwestia gustu, warsztatu, preferencji i artystycznego wyrobienia. To tak, jakby powiedzieć, że dołożenie gwoździ, szkła i żyletek do wykwintnej potrawki, przygotowanej na bazie najlepszych mięs, warzyw i egzotycznych ziół, to jedynie rzecz smaku i kulinarnych eksperymentów. Mielibyśmy wówczas do czynienia z dosyć niestandardowym podejściem do elementarnych zasad bezpieczeństwa i podstawowej higieny, zarówno w odniesieniu do młodych kucharzy, jak i zapraszanych gości. Tu podstawowe normy BHP zostały wielokrotnie przekroczone i złamane. Tym bardziej, że projekt dotyczy nie tyle prywatnej, osobistej, nieoficjalnej sfery przekonań, poglądów czy upodobań twórców, ale ich działalności publicznej, w którą zaangażowane są dzieci i młodzież.
Beztroska, niewiedza, lekceważenie duchowych zagrożeń
Zadziwia jakikolwiek brak refleksji i beztroska osób zaangażowanych w kreację i promocję tego widowiska. Zespół Rękawiczka na swoim profilu facebookowym z dumą publikuje zdjęcia i informacje o spektaklu, nie przepraszając przy tym nikogo za wystawienie „dzieła”, które nie tylko było niestosowne dla dzieci i młodzieży na widowni, ale nie powinno być udziałem młodych adeptów sztuki teatralnej. Co więcej, zespół zadeklarował, że ma nadzieję na kolejne prezentacje tej makabreski.
Gdyby pani reżyser, opiekunowie domu kultury czy zawodowi aktorzy, przeczytali ze zrozumieniem sztukę Artura Millera, znaleźliby tam m.in. fragment rozmowy małżeństwa Proctorów, w którym aresztowana żona prosi męża: „Jak dzieci się obudzą, nie mów im nic o czarach, nie trzeba ich straszyć.” Twórcy spektaklu nie mieli jednak oporów, żeby opowiadać dzieciom za pośrednictwem innych dzieci i młodzieży nie tylko o czarach, ale o paktowaniu z diabłem, podpisywaniu cyrografów i zaprzedawaniu diabłu duszy, czy rytualnym piciu krwi. Może tak dla równowagi, warto nadmienić młodym ludziom o zagrożeniach duchowych, jakie mogą być następstwem oswajania z magią, okultyzmem, druidyzmem, szamanizmem czy wróżbiarstwem? Wystarczy posłuchać wystąpień lub poczytać książki publicysty Roberta Tekielego, żeby się przekonać, jak poważne i tragiczne w skutkach dla młodych ludzi mogą być konsekwencje wchodzenia w świat tych duchowych rzeczywistości. Może też warto opowiedzieć młodzieży o prawdziwej istocie i charakterze rewolucji protestanckiej, i o tym, gdzie swoje źródła miały spisy i kontrole wiernych, mających uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach.
Europa czy zaścianek? 
Większość nieco starszych widzów pamięta z pewnością genialny spektakl Teatru Telewizji, z niezapomnianymi rolami Mariana Kociniaka, Marka Kondrata, Janusza Gajosa, Magdaleny Zawadzkiej czy Wojciecha Pokory, pt. „Igraszki z diabłem”. W sztuce dzielny Marcin Kabat rusza do samego piekła, żeby odebrać samemu Belzebubowi cyrografy młodych panien, które te podpisały w zamian za pozyskanie atrakcyjnych mężów. Dzięki swej odwadze Kabat uratował nie tylko dwie młode duszyczki, ale jeszcze kilka innych. Dziś coraz trudniej o taki heroizm- jest wręcz przeciwnie. W ubiegłym roku, na początku grudnia, holenderski zespół Jebroer nagrał w brukselskim studiu piosenkę i teledysk z udziałem ponad dwudziestu dzieci w wieku ok. 5-12 lat. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszystkie te dzieci miały na głowach pomarańczowe, plastikowe różki i śpiewały wraz z raperem (za wyjątkiem jednego malucha, który się zbuntował) następujący tekst: „Jestem dzieckiem diabła. Mamo nie musisz płakać (…) Nie potrzebuję przemówienia, nie potrzebuję kwiatów. Rzuć alkohol i narkotyki na moją trumnę. Mam nadzieję, że to zagrasz na moim pogrzebie. Jestem dzieckiem diabła.”, itp., itd. Śpiewy, tańce, śmiechy, swawole.
Polska to jednak ciemnogród i zaścianek. Daleko nam do nowoczesnej, świeckiej, neutralnej religijnie Europy. Chociaż, być może, to wszystko nadal jeszcze przed nami.
Sławomir Danilczuk
Foto SAD oraz materiały promocyjne Teatru Rękawiczka. Zdjęcia wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl Art. 29. UPAPP.